La donna e mobile...
środa, 25 stycznia 2012
Pałachowa

Wpis bardzo osobisty.

Przychodzi w końcu taki dzień, w którym łatwiej sięgnąć pamięcią do przeszłości, niż spojrzeć w przyszłość. I nie dlatego, że dręczą nas jakieś obawy o to, co jeszcze może nas spotkać. Łatwiej jest spojrzeć w przeszłość dlatego, że do wielu spraw nabrało się dystansu.


Pamiętam, wiele lat temu, kiedy wydawało mi się, że świat stoi przede mną z otwartymi ramionami, oferując wszystkie wyczytane w książkach przygody, miłości i historie z happy endem, wpadła mi w dłoń pewna książka. Nie pamiętam ani autora, ani tytułu - był to zbiór opowiadań. Jedno z nich traktowało o kobiecie, która po śmierci stanęła przed obliczem Pana, a ten, widząc w niej wszystkie zło, jakie w sobie nosiła, chciał ją strącić do piekieł. Nie zrobił tego jednak, gdyż okazało się, że kiedyś do drzwi domu kobiety zapukał żebrak, prosząc o jedzenie. Kobieta ulitowała się nieco nad nim i dała mu cebulę. Dzięki tej jednej cebuli Pan jej nie potępił.

Pałachową poznałam dzięki zrządzeniu losu i przeprowadzce w nowe miejsce. Ja weszłam właśnie w dorosłość - burzliwą, zagmatwaną i nie całkiem po kolei, ona miała już właściwie wszystko za sobą. Tak wtedy myślałam. Przygarbiona, wsparta  na lasce, zawsze miała głowę owinięta chustką. I choć od wielu lat mieszkała w PGRze, ani trochę nie przesiąkła atmosferą tego środowiska.  Świetnie  dogadywałyśmy się ze sobą. Czułam się osamotniona w nowych warunkach, w nowej życiowej roli, w nowym miejscu. Pałachowa stała się więc moją przyjaciółką i powiernikiem. Jednak nawet Ona nie domyślała się, jak czasem było mi ciężko.

Siedząc w ciepłym domu, gotując obiad, ciężko uwierzyć pamięci, że nie zawsze tak było. Była stara, cienka, zimowa kurtka, trampki nieco wyższe, takie, że można było zimą ubrać i parę groszy zasiłku. A czasem było tak, że nie było z czego obiadu ugotować. Tak było. I nie było tak źle. Wrodzony optymizm, radość życia, a pewnie i naiwność pozwoliły przetrwać niejedną ciężką chwilę. No i sąsiedzi. Czasem ktoś dał marchewkę, ktoś ziemniaki, czasem coś innego - można było uszykować prawdziwą ucztę.

Najbardziej utkwiła mi jednak w pamięci szklanka kaszy jęczmiennej. Od Pałachowej właśnie. Nie wiem czemu, bo przecież nie raz i nie tylko Ona pomagała mi w trudnych chwilach. Pamiętam jednak tę szklankę kaszy, z której ugotowałam wyśmienitą zupę. Wtedy wszystko było wyśmienite. Teraz ciężko jest mi sobie dogodzić, mam wszystko, mogę wszystko. Co nie znaczy, że zapomniałam jak było i jak może w życiu być.

Minęło wiele lat, kiedy Ją ostatnio widziałam. Moje życie zmieniło się diametralnie. Na jakis czas odcięłam się od tamtych ludzi, miejsc, od tamtego życia. Ostatnio jednak coraz częściej wracam wspomnieniami do tamtych lat. I do Pałachowej. Wspomnienie pochylonej, zawiniętej w chustkę postaci, budzi na mojej twarzy uśmiech wzruszenia. I tak sobie myślę - jeśli zaistnieje taka potrzeba, ustanę kiedyś za Nią przed Najwyższym i powiem - a pamiętasz Panie tę szklankę kaszy?

środa, 16 lutego 2011
Ania

Ania ma twarz dziecka. Krótkowłosa blondynka o niebieskich oczach wzbudza sympatię od pierwszego spotkania. Jej promienny, dziecięcy wręcz uśmiech nie zdradza jednak, jaki mrok zapada czasem w jej duszy i jakie demony budzą się w głowie. Kiedy demony szaleją, Ania idzie do pokoju któregoś ze współmieszkańców i przydusza go bez powodu. Wybiera tych bezbronnych, słabszych i bardziej chorych od siebie, którzy nie potrafią się obronić. Wprawdzie nie zrobiła jeszcze nigdy nikomu krzywdy, ale potrafi napędzić niemało strachu.

Kiedy demony śpią, Ania wpada do nas ze swoją nieodłączną  siatką pełną pierdołek  w garści i zaczyna się koncert życzeń: kup mi to, kup mi tamto, ja chcę to, ja chcę tamto …  i tak ciurkiem. Ale nie ma to - tamto! Forma i kultura osobista ważna jest, więc kiedy Ania zapomni zapukać i wpada do nas jak huragan – Krzyś prosi ją żeby wyszła i weszła „jak człowiek”. Wychodzi wtedy z gabinetu, chowa się  za drzwiami i wystawiając tylko rękę, puka ze słowami – mogę wejść? mogę wejść? Zaproszona do środka znowu zalewa nas potokiem słów i życzeń....

A sposoby na wejście w posiadanie pierdołek ma dwa. Po pierwsze, potrafi rozpłakać się na zawołanie i płacze łzami tak rzewnymi, że nawet największy twardziel  mięknie pod ich strumieniem. Drugim sposobem jest usilna prośba i przymilny uśmiech. Ania urokiem swoim potrafi tak zadziałać, że Krzyś, jej osobisty opiekun,  nawet jeśli jest za coś na nią zły, łamie się w końcu i daje jej upragnione słodkości. A niezłe zapasy ma w tym swoim magazynku. I Ania dobrze o tym wie….

piątek, 19 listopada 2010
Wiesiu

Ile ma lat, nawet nie wiem. Wygląda nieokreślenie. Zresztą, Jego wiek nie ma żadnego znaczenia. Od kilku lat przebywa w naszym Domu i jest jednym z  ulubieńców.

Wiesiu ma w sobie tę moc, która zjednuje ku niemu ludzi. Moc musi być wielka, bo jest niemową. Mówi natomiast całym sobą i tym nosem, którym w uśmiechu dotyka brody. Ma też wymowną gestykulację. Zwłaszcza wtedy, kiedy wchodzi do naszego gabinetu, spogląda wymownie na zegarek i pokazuje nam, że czas zbierać się do domu.

Czy zna się na zegarku? Tego też nie wiem. Niewątpliwie jednak jest to jego ulubiony przedmiot. Swój zegarek nosi zwieszony na szyi, na smyczy i zagląda do nas co jakiś czas, pochwalić się, że działa. Czasem jednak jego tykający przyjaciel szwankuje. Wtedy, wchodząc do naszego gabinetu,  nie musi nawet nic pokazywać. Ma taką pogrążoną w smutku twarz, taki żal w oczach, że każdy stara się Mu pomóc. I choćbyś nie wiem jak był zmęczony – nie spławisz Go. Bo Jego przyjaciel potrzebuje pomocy, a On wierzy, że potrafisz  coś zaradzić. Kiedy kolega dokonuje cudów, naprawiając usterkę, Wiesiu stoi nad nim w skupieniu i napięciu, a nos ostentacyjnie zwisa, opierając się czubkiem o brodę...

I ta radość, kiedy zegarek rusza do przodu… Cała twarz, spocona napięciem i oczekiwaniem, w jednej chwili zaczyna promienieć. A Wiesiu, prężąc mięśnie jak prawdziwy, twardy mężczyzna, zawiesza zegarek na szyi. Potem salutuje i przybija z każdym z nas „żółwika”. Kolejna akcja zakończona powodzeniem. Wiesiu wychodzi spiesznie z gabinetu, zanieść światu radosną nowinę – Jego przyjaciel znowu tyka….

czwartek, 28 października 2010
Jacuś

Kiedy coś zaczyna szwankować, zawsze do akcji wkracza Jacuś. Należy  bowiem do tych  ludzi, którym ciągle  jeszcze się CHCE.  A mianowicie chce Mu się przejmować, interesować, dopilnowywać i ingerować. Bo Jacuś ma w sobie wiatr. Nosi go ten wiatr po świecie już ze 30 lat i usiąść spokojnie nie daje. Nie na darmo mówimy o nim – kierownik zamieszania. Jeśli zepsuje się winda, pewnym jest, że Jacek już to zgłosił komu trzeba. Kiedy przewróci się doniczka – Jacek ją podniesie. A kiedy trzeba będzie, to jeszcze cię opieprzy, że źle coś robisz. Bo Jacuś wie lepiej. A kiedy brak mu argumentów, oznajmia – Ania kierownik powiedział, że tak ma być! Bo Jacuś przy swojej niepełnosprawności intelektualnej nie potrafi poprawnie mówić. Wszyscy jednak wiedzą, że jak Ania kazał, to nie ma bata! Musi tak być!

Swego czasu, kiedy wiatr mocniej Nim targał, lubił angażować się w zajęcia sportowe. Miał na tym polu niemałe osiągnięcia. Jeździł na paraolimpiady, zawody, turnieje, a medale, dyplomy i puchary nadal zdobią nasz Dom. A do tego ma niesamowite zdolności manualne. Zbudował kiedyś z pudełek i zapałek Pałac Kultury. Wbudował w niego windę, światełka i kiedy włączało się przewód do prądu – winda jeździła, a światełka świeciły się, oświetlając  uroczo budowlę. Doprawdy, oryginał nie robił na ludziach takiego wrażenia, jak to Jacusiowe cudo.

Teraz wiatr przycichł nieco i ostudził Jacusiowi głowę, pozwalając skupić się na sprawach bardziej przyziemnych. I uwierzcie mi, nikt tak jak On, nie potrafi  postawić na baczność ekipę gospodarczą, ani tak po mistrzowsku ogarnąć kuchni!

wtorek, 27 lipca 2010
Stasia

Niektórzy ludzie po prostu są. Mijają dni, miesiące, pory roku, a oni są niezmienni. Stasię pamiętam jeszcze z czasów szkoły podstawowej. Już wtedy była stara. Spotykałam ją czasem, ubraną w niemodne już wtedy czerwone spodnie na kant i bluzkę z długim kołnierzem, kiedy pospiesznym krokiem zmierzała „stamtąd” nie wiadomo dokąd. „Stamtąd”, to znaczy z położonego wśród drzew, na pobliskim wzgórzu, domu starców. Tak go wtedy nazywaliśmy. „Stamtąd” było dla mnie równie niepojęte i przerażające jak dom strachów. I choć dzieciaki wyśmiewały się z tej zjawy, chudej i niedzisiejszej, patrzyłam za nią z lekkim niepokojem.

Kiedy kilkanaście lat temu rozpoczęłam pracę w tym domu, Stasia nadal tam była. Nie zmieniła się nic. Nadal niemodna, niemożliwie chuda i tak samo stara jak te dwadzieścia lat temu.  Mimo wszystko Stasia ma jakąś klasę. Nie zna się na pieniądzach, notorycznie oszukują ją w sklepach przy wydawaniu reszty, ale kiedy zapali papierosa, najgorszego nawet sortu, kiedy ustanie na progu domu przy obskurnej popielnicy, zaciąga się tak, jak aktorki ze starego kina. Tyle w niej wtedy szyku i elegancji...

A jak ona tańczy twista, jak tańczy…. Na każdą zabawę Stasia ubiera się według swego gustu wytwornie, układa fryzurę w pracowni fryzjerskiej i króluje na parkiecie niemal jak na dancingu w Ciechocinku. Kiedy chłopacy zaczynają grać twista, parkiet należy do Stasi – wywija wszystkimi czterema, chudymi kończynami, wygina się, a kiedy kuca, strach nas ogarnia, że się nie podniesie! A ona z uśmiechem, kręcąc chudymi biodrami wznosi się ku górze, ani przez chwilę nie gubiąc rytmu. A mnie, patrząc na nią,  łupie w kościach i strzyka w stawach!

Stasia staje czasem w drzwiach naszego gabinetu i rzuca enigmatyczne – ona was pozdrawia… Trzy pary oczu, wyrwane z dokumentów, wędrują zadziwionym spojrzeniem w jej kierunku i jak z jednego gardła wyrywa się nam  - kto?!  - Grażynka… wyszemra i znika tak sam cicho, jak się pojawiła. Grażynka to jej współlokatorka, niesprawna ruchowo. Pewnie nawet nie wie, że nas pozdrawia, ale Stasi wydaje się to na miejscu, żeby właśnie nas w jej imieniu pozdrowić.

I mówię Wam, chciałabym mieć taką talię jak Stasia…

 
1 , 2