La donna e mobile...
środa, 22 czerwca 2011
Przestępstwo przedawnione...

Wpadłam dziś "po fryzjerze" do miejscowego sklepu GS-u i ku swej radości niezmiernej i zaskoczeniu wielkiemu wypatrzyłam na jednej z półek irysy. Ale nie takie zwykłe irysy - te irysy są mleczne, zawinięte  w  błękitne papierki, a początek ich produkcji sięga zamierzchłej przeszłości - czyli mego dzieciństwa, niestety nikczemnego. Wstyd się przyznać, ale przypomniał mi się przestępczy proceder, jakiemu oddawałam się, będąc słodkim pacholęciem.

Otóż jak na łakomczucha przystało, potrafiłam dla tych irysów posunąć się do kradzieży. Kiedy pani ekspedientka odwracała się do półek - chwytałam w garść kilka irysków, które znajdowały się na ladzie w kartonie i błyskawicznie chowałam do kieszeni. A potem po kryjomu zjadałam. Jakby tego było mało, potrafiłam oszukać mamę, że ekspedientka źle wydała resztę i za parę groszy kupić  irysów, schować je w trawie za przystankiem, żeby po aferze wrócić na miejsce zbrodni i dokończyć dzieła...

Mama w końcu zaczęła coś przeczuwać, odsyłała mnie do sklepu po źle wydaną resztę i wtedy musiałam tłumaczyć, że pewnie gdzieś te grosze zgubiłam. No a potem i tak wszystko się wydało.

Na szczęście ciągotki do takich podłych czynów minęły mi, ale nie miłość i sentyment do irysów - kupiłam więc sobie dzisiaj 20 dkg i skrzętnie schowałam. No przecież z nikim nie będę się dzielić, c'nie?


Ale Wam życzę słodkiego, długiego weekendu:)

P.S. Chociaż śmiem przypuszczać, że gdybym zwinęła dziś te irysy, smakowałyby o niebo lepiej...

środa, 18 maja 2011
Dorosła

Dzisiaj szłam sobie wyjątkowo spokojnie. Wiatr nie wiał, deszcz nie padał, burza nie wisiała na włosku. Mogłam poćwiczyć technikę marszu - pierś do przodu, ramiona ściągnięte, łopatki ku sobie, głowa do góry i wciągnięty brzuch.

Idę więc niemal "technicznie", a tu mijają mnie dwie osóbki na rowerach. Dziewczynka, około 12-letnia i chłopaczek, zapewne jej brat, około 8 -letni. Ona z poważną miną, jak to Dorosła, nie trzymając kierownicy, z rękoma splecionymi na brzuchu, dmuchała sobie w niesforną grzywkę i widać było, że ona to już  z pińdziesiąt lat tak jeździ, jak nic! Młody za to - jak to młody, przebierał szybciutko pedałami, sapał jak psiak i opowiadał coś z zapałem swojej dorosłej siostrze.

Od razu przypomniałam sobie, jaka ja byłam Dorosła w jej wieku... Ja byłam już tak dorosła, że na wypadek, gdyby ktoś tego nie zauważył, stawałam w Kościele na ławeczce do klęczenia i miałam wtedy - przyrzekam!_- z metr sześćdziesiąt z palcem w bucie! I żeby nie było - nie trzymałam się ławki przed sobą! Równowaga - perfect! I byłam nawet wyższa od starszej siostry o pół głowy! 

Niestety, kiedy trzeba było usiąść, siadałam niepocieszona, wyprostowana jak struna, psiocząc na podły los, że dał mi dłuższe nogi niż siostrze. Bo kiedy składałam te swoje chude (tak, tak...) patyki do siadu, to mój mały tułowik był już całkiem malutki przy tułowiu siostry. I ledwo mnie było zza oparcia widać. No rozpacz... Czekałam więc do kolejnego powstania i od razu robiłam się Dorosła!

A teraz? Teraz, to bym najchętniej wpięła kwiaty we włosy, założyła krótkie spodenki i wlazła na drzewo. Ale już nie wypada, c'nie?

sobota, 05 marca 2011
Smaki dzieciństwa

Podsmażając rano szynkę do jajecznicy, wróciło mi nagle kilka wspomnień z dzieciństwa. Pamiętam, jak kroiłam w plastry nie całkiem już świeżą kiełbasę i podsmażałam ją na patelni. Okrągłe plastry wywijały się śmiesznie do góry, co było dodatkową atrakcją. Potem tylko musztarda i proszę - danie królów! Lubiłam też podsmażać w ten sposób chlebek, lekko go soląc. Zabawnie chrupał w buzi i można było zjeść tego do rozpęku!

Albo czerstwa bułka zalewana w kubku gorącym mlekiem, z porcją cukru.... Nie pamiętam lepszych frykasów!

Albo też, kiedy organizm i zwykłe łakomstwo domagało się słodyczy, a w domu był tylko cukier, smarowało się chlebek gęstą, swojską śmietaną i posypywało tym cukrem. Mmmmm... W wersji dla ubogich, czyli kiedy brakło śmietany,  był chleb zwilżany po prostu wodą i również posypywany  cukrem.

Pamiętam też, jak tata denerwował się, kiedy po kryjomu podprowadzałam z bratem cukier (tak, tak, były takie czasy), żeby przetopić go ze śmietaną albo wodą na "cukierki". Trudno wprawdzie było nazwać to "coś" cukierkami, ale najważniejsze, że było słodkie! Jak się jeszcze dodało do tego płatki owsiane, można było oszaleć ze szczęścia. Dopóty, dopóki tata nie odkrył niecnego procederu...

Obecnie, przy takim wachlarzu możliwości, nowości, różnorodności i dostępu do potraw, przypraw, składników, ciężko mi powiedzieć, za czym będę tęskniła za ... 20-30 lat. Może jeszcze za swojskimi nalewkami, albo jajecznicą ze swojskich jaj?

A Wy co wspominacie z takim smakiem?

Miłego weekendu, Robaczki:)

piątek, 17 grudnia 2010
Sztuka latania

Od kilku dni mam w pracy nowy komputer. Biorąc pod uwagę fakt, iż poprzedni był sprzed epoki i działał jeszcze na węgiel (jak mnie kiedyś, ktoś wyśmiał) , jestem po prostu szczęśliwa. Przy okazji zmiany sprzętu, przejrzałam stare pliki i odkryłam skan swojego zdjęcia z dzieciństwa, pod wielce wymownym tytułem "lece". Tak! Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy czarna wołga porywała dzieci, blondynka potrafiła latać. A to latała po wsi, a to latała po drzewach, a to po koleżankach. Z wiekiem, niestety, zdolności zmodyfikowały się nieco i teraz nie lata, tylko wozi dupsko. Ale kiedyś...  Nie było drzewa, na które by się nie wdrapała, nie było poprzeczki, której by nie przeskoczyła. I to w jakim stylu...  Gdyby ktoś nie wierzył, to proszsz... mam dowód:



Miłego przedświątecznego latania, Robaczki:)

P.S. Ale spójrzcie, na te zawrotne wysokości! I' m hero!

sobota, 26 grudnia 2009
Szydło nie wyszło z worka...

    No i nie wyszło szydło z worka! Tajemnica sprzed ponad dwudziestu lat pozostaje nie rozwiązana - nadal nie wiadomo, kto buchnął cukierka z bombonierki! A cisnęłam...
     Oczywiście wszyscy byli niewinni, za to jednogłośnie rzucili podejrzenie na tatę i najstarszego brata, czyli nieobecnych! Ale przy okazji tej historii brat młodszy przypomniał mi, jaka to szczwana bestia byłam, normalnie strateg na miarę Napoleona!
     Bo jak już wspomniałam, mama robiła co mogła, żeby ustrzec przede mną świąteczne zapasy rodzynek. Skradaliśmy się zatem z bratem do pokoju, zostawiałam go na czatach, a sama plądrowałam pomieszczenie. I nie pomogło przyczepianie opakowań z rodzynkami po wewnętrznej stronie zasłon okiennych! Nawet tu je wynalazłam, po czym dzieliłam uczciwie dla siebie i brata za współudział w akcji! No i niestety, milczenie brata też kosztowało...
      Kiedyś pokażę Wam nasze zdjęcie przy choince - słodkiej blondynki w złotej sukni do samej ziemi (lat jakieś 7-8), trzymającą za dłoń wpatrzonego w nią jak w obrazek brata (lat 2-3), w eleganckim, zamszowym sweterku.... sama słodycz....

Spokojnych chwil:**

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6