Ależ się dzisiaj ucieszyłam, żem stara! Przyrzekam! Bo rano Misiek pognał mnie do ubezpieczyciela, co by samochód ubezpieczyć. Z tego pogonienia, to ani dokumentów nie wzięłam, ani nic!
Na szczęście pan okazał się wyrozumiały dla Blondynki, nie pognał z powrotem do domu, nawet sam wypełnił druczki. Na koniec podał cenę ubezpieczenia z NW. Prawie 900 zł. A potem spojrzał na wiek... ooo, pani jest rocznik... e... to ma pani .... Tak, mam tyle lat! - pospieszyłam chłopu na ratunek. Chłop ucieszył się niemożebnie, że tak bezboleśnie nam poszło i oświadczył nie bez radości - no! to ma pani minus 10 % ! Teraz z kolei ja się ucieszyłam, żem taka stara, stówa w suchym, jak nic! Zapytałam pana - a czemuż to tak? I nie uwierzycie, co żem usłyszała! Bo w przedziale wieku 36-42 lata kierowcy jeżdżą ostrożniej! Aż żem się zdziwiła szczerze... Bo kto by pomyślał?
Jako że mamy weekend babciowo-dziadkowy, wpis będzie o nalewkach. I o filozofii picia.
Otóż jak wiecie, jestem zagorzałą miłośniczką nalewek wszelkiej maści. Nie tylko lubię czasem sobie "chlapnąć" dla zdrowotności, ale i produkować je. A skoro o zdrowotności mowa, to znowu wracamy do dziadków.
Bo nasze dziadki niestety z nami nie mieszkają, za to czasem przyjeżdżają na dłuższy pobyt. Babcia jest wrogiem alkoholu numero unow Polsce, dziadek jakoś sobie z tym problemem radzi. I kiedy polewam dziadkowi kielonka nalewki, babci od razu coś się robi ze wzrokiem, przysięgłabym, że ma coś z bazyliszka... No więc dla ratowania dziadka z opresji, trzeba było ułożyć ideologię. A że chorowite oba, źródeł idei doszukaliśmy się w zdrowiu.
I kiedy nalewamy pierwszy kieliszek, dajmy na to żurawinówki, to od razu wiadomo - to dobre na nerki. Jak nerki, to okej, babcia milczy. Przy drugim kieliszku, powiedzmy porzeczkówki, trudno nie wspomnieć o bogactwie witaminy Ce. Przy trzecim babcia robi się podejrzliwa, wbija wzrok w dziadka, który błądzi gdzieś spojrzeniem pomiędzy oknem, a kwiatami na parapecie, kulając w palcach rogi serwetki. Widać, coś chłopa gnębi. A jak gnębi, to nic tak nie wzmacnia serca, jak głogówka, prawda? Rozgrzewa od środka, krążenie poprawia i serce po niej jak dzwon! No i na koniec, gdy babcia zaczyna wypuszczać parę z nosa i nie ma odważnego, żeby złapać za butelkę, polewamy malinówki dla kurażu. Tak na odporność, ogólnie. Bo nie, że zaraz na odwagę...
No to poszalałam wczoraj trochę z gadżetami promocyjnymi letniska. Pomysł na mini-barek chodził za mną od początku, kiedy zapłonęła we mnie iskra, żeby zorganizować jakiś agrobiznes. Niestety za późno wzięłam się do dzieła i teraz mini-barek jest naprawdę mini. Ale przyjdzie czas.... Pomyślałam sobie, że naszym gościom będzie miło, kiedy będą mogli skorzystać na miejscu z takiego mini-barku, albo zabrać ze sobą "gadżety" do domu. Dobry sposób na przedłużenie wakacji. Nie będzie tam może szaleństwa - jakiś mini soczek, mini miodzik, mini powidła czy mini nalewka. Ale przecież nie o to chodzi, żeby się najeść i napić tym do syta, prawda?
Wpadły do mnie wczoraj koleżanki pracowe na pogaduchy. Wiecie, kominek, nalewki, świeczuszki i te sprawy. Uciszyłam się z ich wizyty, bo od jakiegoś czasu jestem na wolnym, odpoczywam od obowiązków służbowych - że się tak wyrażę.
Szczerze mówiąc, jak posłuchałam, co się w pracy dzieje, jakie posunięcia, zagrywki i harmider, to doprawdy nie chcę mi się wracać. Za to pokazałam dziewczynom moją ostatnią pasję, czyli letnisko. I były pod wrażeniem! Wprawdzie Misiek załamuje nade mną ręce, bo dopieszczam mieszkanko jak własne - a to świeczuszki, a to serweteczki, a to kwiatuszki - ale cieszy się moją radością! Chyba bardziej niż całym tym biznesem:)
I trudno! Jeśli coś się zniszczy w czasie użytkowania przez letników, przyznam Miśkowi rację i polecę kupić nowe:) W końcu to mieszkanie, nie muzeum. Każdy musi czuć się tu dobrze, swojsko, żeby chciał jeszcze wrócić, albo polecił znajomym - prawda?