Kurcze, jaki ja dramat dzisiaj w południe przeżyłam... Kręciliśmy się całą trójką po kuchni, kiedy na gałęzi bzu dojrzałam NOWEGO! Nowy był nowy, nieznany, duży, oryginalny i wbił mnie w zachwyt. Stać! - zakrzyknęłam - nie ruszać się! Ale okaz! I co? I wszyscy rzucili się do okna.... Myślałam, że krew mnie zaleje, bo oczywiście nim zdążyłam chwycić aparat, Nowy odfrunął! Gdyby spojrzenie mogło zabić...
Na szczęście, wiedząc już, czego mogę dzisiaj spodziewać się w karmniku, przygotowałam sobie stanowisko i aparat. I nie zawiodłam się! Po jakimś czasie Nowy siedział na słonince. Wiedziałam, że to dzięcioł, nie wiedziałam jaki. Na szczęście mój mądry atlas ptaków podpowiedział mi, że to samica dzięcioła zielonosiwego.
Radość mam przeogromną, więc podzielę się nią z Wami:
Jak się okazało dziś w nocy, nawet na przyjemny temat można wyśnić koszmary. Wczoraj jak zwykle poszalałam w letnisku, brat poskręcał łóżka do sypialnego, zmienił żyrandol (tak, serwetki zmienione trzy razy, w sypialnym jest już drugi żyrandol, bo tamten mi nie pasował), zamontował haczyki w łazience na ręczniki. Przeniosłam dywaniki z sypialnego do dziennego, dywanik z dziennego do sypialnego, no i teraz ma to ręce i nogi.
Berberysek przysłała mi słoiczki, wymyśliłam nowy gift - herbatę siedliskową. Podstawą będzie czarna herbata i mięta z ogródka sąsiadów, ususzona na jesieni:) Ha! Zapomniałabym! Pożyczyłam od Ani Heniowej nożyczki z ząbkami i porobiłam naklejki na słoiczki. A poza tym powycinałam literki i wykleiłam tabliczkę "mini-barek" - własnoręcznie, więc proszę docenić i się nie śmiać!
I za to całe moje zaangażowanie dopadły mnie w nocy takie koszmary.... a że przyjechali goście, a ja nic nie miałam w lodówce do jedzenia! Do tego chcieli śniadanie, a ja śniadań miałam nie serwować, no ale się przejęłam i zaczęłam przeszukiwać lodówkę - a tu stare sery, zwiędłe ogórki, oślizła jakaś resztka kiełbasy! A czas leci! A oni czekają! A ja nie mogę znaleźć talerzy! A tu następni wpadli na śniadanie (??!!) - ot, przechodnie jacyś! A tu nie mogę się ruszyć swobodnie, bo całe wszystko wokół mnie pozastawiane, zawalone masą przeróżnych rzeczy! A ja kurde nie mam jak ich posprzątać, bo jak?! A tu mi do kuchni zaglądają... UFF! Boszsz... jaka ja umordowana jestem!
Przychodzi w końcu taki dzień, w którym łatwiej sięgnąć pamięcią do przeszłości, niż spojrzeć w przyszłość. I nie dlatego, że dręczą nas jakieś obawy o to, co jeszcze może nas spotkać. Łatwiej jest spojrzeć w przeszłość dlatego, że do wielu spraw nabrało się dystansu. Pamiętam, wiele lat temu, kiedy wydawało mi się, że świat stoi przede mną z otwartymi ramionami, oferując wszystkie wyczytane w książkach przygody, miłości i historie z happy endem, wpadła mi w dłoń pewna książka. Nie pamiętam ani autora, ani tytułu - był to zbiór opowiadań. Jedno z nich traktowało o kobiecie, która po śmierci stanęła przed obliczem Pana, a ten, widząc w niej wszystkie zło, jakie w sobie nosiła, chciał ją strącić do piekieł. Nie zrobił tego jednak, gdyż okazało się, że kiedyś do drzwi domu kobiety zapukał żebrak, prosząc o jedzenie. Kobieta ulitowała się nieco nad nim i dała mu cebulę. Dzięki tej jednej cebuli Pan jej nie potępił.
Pałachową poznałam dzięki zrządzeniu losu i przeprowadzce w nowe miejsce. Ja weszłam właśnie w dorosłość - burzliwą, zagmatwaną i nie całkiem po kolei, ona miała już właściwie wszystko za sobą. Tak wtedy myślałam. Przygarbiona, wsparta na lasce, zawsze miała głowę owinięta chustką. I choć od wielu lat mieszkała w PGRze, ani trochę nie przesiąkła atmosferą tego środowiska. Świetnie dogadywałyśmy się ze sobą. Czułam się osamotniona w nowych warunkach, w nowej życiowej roli, w nowym miejscu. Pałachowa stała się więc moją przyjaciółką i powiernikiem. Jednak nawet Ona nie domyślała się, jak czasem było mi ciężko.
Siedząc w ciepłym domu, gotując obiad, ciężko uwierzyć pamięci, że nie zawsze tak było. Była stara, cienka, zimowa kurtka, trampki nieco wyższe, takie, że można było zimą ubrać i parę groszy zasiłku. A czasem było tak, że nie było z czego obiadu ugotować. Tak było. I nie było tak źle. Wrodzony optymizm, radość życia, a pewnie i naiwność pozwoliły przetrwać niejedną ciężką chwilę. No i sąsiedzi. Czasem ktoś dał marchewkę, ktoś ziemniaki, czasem coś innego - można było uszykować prawdziwą ucztę.
Najbardziej utkwiła mi jednak w pamięci szklanka kaszy jęczmiennej. Od Pałachowej właśnie. Nie wiem czemu, bo przecież nie raz i nie tylko Ona pomagała mi w trudnych chwilach. Pamiętam jednak tę szklankę kaszy, z której ugotowałam wyśmienitą zupę. Wtedy wszystko było wyśmienite. Teraz ciężko jest mi sobie dogodzić, mam wszystko, mogę wszystko. Co nie znaczy, że zapomniałam jak było i jak może w życiu być.
Minęło wiele lat, kiedy Ją ostatnio widziałam. Moje życie zmieniło się diametralnie. Na jakis czas odcięłam się od tamtych ludzi, miejsc, od tamtego życia. Ostatnio jednak coraz częściej wracam wspomnieniami do tamtych lat. I do Pałachowej. Wspomnienie pochylonej, zawiniętej w chustkę postaci, budzi na mojej twarzy uśmiech wzruszenia. I tak sobie myślę - jeśli zaistnieje taka potrzeba, ustanę kiedyś za Nią przed Najwyższym i powiem - a pamiętasz Panie tę szklankę kaszy?